Kiedy byłem dzieckiem, trenowałem gimnastykę i naprawdę ją kochałem. Tego, czego nie kochałem, był moment, gdy dzieci w szkole się o tym dowiedziały i uznały, że skoro potrafię zrobić szpagat, to znaczy, że „nie mam jaj”.
Czwarta klasa była w zasadzie rokiem, w którym nauczyłem się dwóch rzeczy: potrafię złożyć się jak precel i — najwyraźniej — to czyni mnie gejem.
Dziś brzmi to zabawnie, ale wtedy wcale takie nie było. Wyzwisko „gej” używane w obraźliwym sensie, gdy masz dziewięć lat, uderza jak granat. Kiedy w liceum zacząłem powoli rozumieć swoją orientację, to słowo było już naładowane strachem. Nawet teraz, w wieku 26 lat, gdy mój mąż żartobliwie nazywa mnie gejem, czuję w środku mały, smutny skurcz. Przemoc rówieśnicza nie tylko bolała — ona mnie przeprogramowała.
Z tamtego okresu wyniosłem stałe poczucie, że nie jestem „wystarczający”. Prawie nie miałem przyjaciół, zwłaszcza kolegów. Byłem ulubieńcem nauczycieli — po części dlatego, że nikt inny mnie nie lubił, a po części dlatego, że idealne oceny były jedyną rzeczą, która dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Perfekcjonistą byłem już wcześniej, ale bullying dolał do tego paliwa. Skoro nie mogłem być lubiany, mogłem przynajmniej być imponujący. Niezaprzeczalny.
Gdzieś w tym mgle żartów o szpagatach i obelg skończyłem 10 lat i postanowiłem, że zostanę lekarzem. Nie tylko dlatego, że chciałem pomagać ludziom. Kocham naukę i medycynę i nie mogę się doczekać, aż naprawdę zacznę zmieniać czyjeś życie. Ale słowo „lekarz” brzmiało też prestiżowo. Mądrze. Ważnie. Nietykalnie. A wtedy bardziej niż czegokolwiek potrzebowałem zbroi, jaką daje „szanowana” ścieżka kariery.
Cała moja osobowość została ukształtowana przez potrzebę imponowania. Nie chciałem osiągnięć — ja ich potrzebowałem. Wszystko stało się występem. Każda piątka, każda pochwała, każde „jesteś ponad poziom” było dowodem, że może tamte dzieci się myliły. Gdy poszedłem na studia, zobaczyłem w tym szansę na nowy start. Nadal w szafie, ale z czystą kartą. I właśnie tam, zupełnie niechcący, stworzyłem potwora — albo, jak powiedzieliby niektórzy, ikonę — znanego jako „ten niefiltrowany gość”.
Szybko zorientowałem się, że gdy mówię na głos to, co inni tylko myślą, ludzie się śmieją. Lubią mnie. Chcą mnie w swoim towarzystwie. Nagle nie byłem już cichym, gnębionym dzieciakiem. Byłem odważny, zabawny, szokujący. Sprawiłem, że kontrowersja wyglądała jak cecha charakteru.
A ponieważ seksualność była moją największą dziecięcą raną, mój humor oczywiście stał się seksualny. Żarty o seksie, komentarze o seksie, fakty o seksie. Jeśli dotyczyło ciała — mówiłem to. Nie w obrzydliwy sposób, raczej w stylu: „dlaczego udajemy, że seks jest tabu, skoro wszyscy go uprawiają?”. Żyłem dla momentów, gdy w grupie znajomych rzucałem coś, co wywoływało salwy śmiechu. To był pierwszy raz w życiu, gdy poczułem, że mam znaczenie.
I to działało… aż za dobrze.
Byłem „niefiltrowany” przez cztery lata studiów, dwa lata magisterki i dwa lata szkoły medycznej. Zrobiłem coming out, uwolniłem się od katolickiego poczucia winy i wreszcie poczułem się sobą. A przynajmniej wersją siebie, którą nauczyłem się odgrywać. Okazało się, że nosiłem tę zbroję tak długo, że pomyliłem ją ze skórą.
W tym roku ktoś w końcu mnie jednak skonfrontował.
Stało się to w pokoju socjalnym w pracy. Właśnie przeszedłem na doktorat i zacząłem pracować na pełen etat w laboratorium biomedycznym. Jedliśmy lunch, gdy zeszło na temat raka prostaty. Zwróciłem się do kolegi obok i rzuciłem pół żartem, pół serio: „Wiesz, że możesz zmniejszyć ryzyko raka prostaty, masturbując się co najmniej 21 razy w miesiącu?”. (Nie wierzysz? Zapytaj Harvard).
Zanim zdążył zareagować, studentka siedząca naprzeciwko powiedziała: „O… nie, tego nie możesz mówić w pracy”.
Wiedziałem, że mówi śmiertelnie poważnie. „Dlaczego nie?” — zapytałem. „To zdrowie seksualne. Medycyna”.
„Nie” — powtórzyła tonem strażniczki norm. Później kolega powiedział mi, że gdyby usłyszała to niewłaściwa osoba, mogłaby się z tego zrobić sprawa w HR.
Byłem wściekły. Nadal jestem. To brzmiało jak cenzura — ale gorsze było to, że poczułem zapach szafy. Uderzyło to w część mnie, która wciąż boi się być „zbyt gejowska”, „zbyt seksualna”, „zbyt jakaś”. Tę część, która nauczyła się, że elastyczne biodra oznaczają problem z tożsamością.
Ten jeden komentarz coś we mnie otworzył. Po raz pierwszy zapytałem sam siebie: czy moja niefiltrowana osobowość to naprawdę ja, czy tylko najdoskonalsza maska, jaką kiedykolwiek stworzyłem?
Bo jeśli jestem szczery, każda wersja mnie — perfekcjonista, nadambitny prymus, bezczelny żartowniś — była zbudowana na tym samym, rozpaczliwym fundamencie. Chcę, żeby mnie lubiano. Chcę czuć się wybrany. Chcę udowodnić, że jestem wystarczający.
I to uderzyło mnie mocniej niż jakakolwiek obelga.
Rozejrzałem się po swoim życiu i zobaczyłem, że choć jestem otoczony kolegami z uczelni, współpracownikami, znajomymi z imprez, tak naprawdę nie mam grupy przyjaciół, do której naturalnie bym pasował. Częściowo to moja wina — nie zawsze wychodzę z inicjatywą. Ale nikt też nie wychodzi do mnie. A ciągłe odwoływanie spotkań przez kogoś, na kim mi zależało, sprawiło, że się wycofałem. Nawet jako osoba towarzyska, strach przed odrzuceniem wciąż boli bardziej, niż chcę przyznać.
Mój mąż jest moim partnerem i moją osobą, i jestem za to niewyobrażalnie wdzięczny. Ale mimo całej miłości jesteśmy różnymi ludźmi — inaczej się komunikujemy, mamy inne zainteresowania i sposoby bycia w świecie. To są rzeczy, których potrzebuję od przyjaciół. Małżeństwo nie zastępuje poczucia bycia zrozumianym przez innych. Nie zastępuje przynależności.
Zacząłem się zastanawiać: jeśli wszystko — moje osiągnięcia, żarty, posty na Instagramie — było projektowane po to, by zdobyć aprobatę, to kim do cholery jestem, gdy nie występuję?
I co by znaczyło przestać?
Prawda jest taka, że ten zabawny, seksualny, niefiltrowany facet mnie uratował. Pozwolił mi oddychać, gdy szafa mnie dusiła. Dał mi poczucie mocy, gdy dzieciństwo nauczyło mnie kruchości. Pokazał, że mogę być pożądany. Ale jednocześnie nie pozwalał mi być naprawdę poznanym. Gdy cała twoja osobowość opiera się na szoku, ludzie się śmieją — ale nie patrzą głębiej.
I tego właśnie uczę się teraz.
Nie próbuję „naprawić” tej niefiltrowanej części siebie. Lubię ją. Jest zabawna, charyzmatyczna, daje ludziom radość. Ale po raz pierwszy pytam siebie, czy wciąż muszę się na niej opierać, zamiast pokazać innym ciche, refleksyjne, niepewne części, które też czynią mnie człowiekiem.
Zaczynam rozumieć, że celem nie jest bycie mniej odważnym czy mniej szczerym. Celem jest bycie szczerym wobec siebie — nie tylko w kwestii seksu. Szczerość jako tożsamość, a nie zbroja.
Nie mam idealnego zakończenia ani pięciopunktowego planu samoakceptacji. Mam za to pierwszy w życiu moment, w którym próbuję dowiedzieć się, kim jestem bez grania roli.
I to może wystarczyć.
Gnębiony dzieciak, który potrafił zrobić szpagat, zbudował życie na udowadnianiu, że zasługuje na sympatię. Dorosły mężczyzna z niewyparzoną gębą dołożył kolejne warstwy do tego samego występu. Gdzieś pod nimi jest prawdziwy ja.
W końcu próbuję go poznać.
Jack Bruno ma 26 lat, jest cis-płciowym gejem mieszkającym w Greater Houston Area ze swoim mężem Robertem i golden retrieverem Rorym - Out Magazine.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz