25 stycznia obchodzimy Święto Nawrócenia św. Pawła — moment, w którym Chrystus spotkał Szawła z Tarsu na drodze do Damaszku, a Paweł odkrył, że prześladował Boga, którego kochał.
Nie jestem odosobniony/a wśród katolików LGBTQ+, którzy mają skomplikowaną relację z tym świętym. W końcu to Paweł napisał wszystkie nowotestamentowe „wersety-pałki”, które często są używane przeciwko ludziom takim jak ja. A jednak historia jego nawrócenia zawiera elementy — spotkanie z Chrystusem oraz pomoc pełnych współczucia ludzi, takich jak Ananiasz i Barnaba — które przypominają moją własną drogę, a być może także drogę innych katolików, którzy doświadczyli swojego nawrócenia.
Nawet nie mając na to słów, wiedziałem/wiedziałam już od około trzeciego roku życia, że jestem tym, co dziś nazywamy osobą transpłciową. Poza tym wczesnym uświadomieniem sobie swojej tożsamości miałem/miałam całkiem zwyczajne dzieciństwo.
Dorastałem/dorastałam na Filipinach w latach 90., w burzliwym okresie odbudowy po dyktaturze Marcosa. Osoby lesbijki i geje były obecne w codziennym życiu, istniało nawet kilka znanych gejowskich celebrytów, ale kwestie praw osób LGBTQ+ właściwie się nie pojawiały.
Ale historia nawrócenia Pawła zawiera elementy, które przypominają moją własną drogę oraz drogę innych katolików.
W młodości łatwo było mi odkładać „kwestię LGBTQ+” na później. Skupiałem/skupiałam się na szkole, sporcie i muzyce — i odnosiłem/odnosiłam sukcesy.
Zaangażowałem/zaangażowałam się w parafialną posługę muzyczną i zakochałem/zakochałam się w muzyce liturgicznej. To właśnie tam, podczas niedzielnej Mszy, znalazłem/znalazłam przestrzeń, która wydawała się nietknięta przez moją narastającą świadomość rozdźwięku płciowego. Choć kontrast między płcią wskazywaną przez moje ciało a moją tożsamością płciową był już wtedy bardzo wyraźny, potrafiłem/potrafiłam odsunąć na bok pytania, które w innym wypadku zdominowałyby moją adolescencję.
Fakt, że byłem/byłam znany/a jako „ten niezawodny dzieciak od skrzypiec”, stawiał mnie w dobrym świetle w oczach personelu parafii, w tym księży, którzy zapraszali mnie do wspólnej posługi więźniom i kobietom w kryzysie. To wszystko sprawiło, że Kościół stał się miejscem, w którym czułem/czułam się najbezpieczniej. Prawdopodobnie dlatego, gdy jako dorosły/a po raz pierwszy się ujawniłem/ujawniłam, zrobiłem/zrobiłam to wobec zaprzyjaźnionego księdza. Natychmiast zapewnił mnie o swoim wsparciu, a nawet zaproponował rozmowę z moimi rodzicami (z czego wtedy nie skorzystałem/skorzystałam — czego później żałowałem/żałowałam). Choć nie rozmawialiśmy wprost o mojej transpłciowości, w wieku zaledwie 19 lat z łatwością powiedziałem/powiedziałam: „Proszę się nie martwić, Ojcze — po prostu nie będę się z nikim spotykać”.
Wydawało mi się, że dopóki pozostanę „w celibacie”, mogę całkowicie uniknąć pytań o seksualność i tożsamość płciową. Ta naiwność była sama w sobie tragiczna, ale pogorszyłem/pogorszyłam ją jeszcze bardziej, rozwijając w sobie pogardę wobec queerowych rówieśników, których uważałem/uważałam za zbyt skorych do odrzucania nauczania Kościoła. Byli to moi przyjaciele, a nawet członkowie rodziny — ludzie, którzy w większości nie mieli takich przywilejów jak ja: nienagannej reputacji i łatwego dostępu do osób u władzy. Stałem/stałam się gorliwym obrońcą instytucji, patrząc z góry na tych, którzy żyli autentycznie.
Momenty „damasceńskie” popchnęły mnie do dostrzegania Chrystusa w osobach marginalizowanych z powodu bycia LGBTQ+.
Te momenty były dla mnie kluczowe, ale potrzebowałem/potrzebowałam także kilku Ananiaszów i Barnabów — ludzi, którzy zatroszczyli się o mnie i towarzyszyli mi, choć mieli wszelkie powody, by mnie unikać.
Pierwszy taki moment nastąpił, gdy starsi koledzy z drużyny koszykarskiej na studiach — zaniepokojeni moją niezdolnością do tworzenia bliskich relacji — zabrali mnie na rozmowę. Mając zaledwie rok czy dwa więcej doświadczenia życiowego, podzielili się ze mną tym, co wiedzieli o doświadczeniu LGBTQ+. Zamiast mnie potępiać, moi przyjaciele — jak Ananiasz — pomogli mi zobaczyć, że moje postawy i działania nie były wyrazem słuszności, lecz braku akceptacji i samoświadomości. Cierpliwie tłumaczyli, że w ten sposób
prześladowałem/prześladowałam zarówno siebie, jak i innych. Choć ta „interwencja” pomogła mi zacząć żyć bardziej otwarcie jako osoba LGBTQ+, nie wykorzeniła całkowicie mojej skłonności do bycia czasem mało gościnnym i inkluzywnym.
Decydujący moment przyszedł około 15 lat później, podczas moich pierwszych kontaktów z duszpasterstwami katolickimi LGBTQ+. Po zakończeniu długiego związku zrobiłem/zrobiłam sobie przerwę od randkowania i wreszcie zacząłem/zaczęłam mierzyć się z pytaniami dotyczącymi LGBTQ+ wprost. Uświadomiłem/uświadomiłam sobie na przykład, że moje doświadczenie transpłciowości — choć powiązane — wymaga osobnego namysłu, niezależnie od orientacji seksualnej. Wciąż jednak trudno było mi wyobrazić sobie Kościół, który choćby przestał automatycznie zakładać, że wszystkie osoby LGBTQ+ w związkach jednopłciowych żyją w stanie grzechu ciężkiego.
Historia nawrócenia Pawła pokazuje, że Bóg często przemienia nas, działając przez innych ludzi.
Dość agresywnie prosiłem/prosiłam kilku katolików LGBTQ+, by „złożyli świadectwo nadziei” (por. 1 P 3,15), która pozwalała im żyć autentycznie. Być może chciałem/chciałam, by przyznali, że oni także żyją w lęku przed grzechem śmiertelnym. Zamiast tego ich spokojne odpowiedzi emanowały cichą ufnością w Chrystusa, a nie w prawo. Starszy gej-katolik z mojej nowej parafii zaprosił mnie nawet na lunch, by porozmawiać, a jego wrażliwość i współczucie sprawiły, że zacząłem/zaczęłam kwestionować samego/samą siebie. Stał się dla mnie Barnabą — poręczył za mnie wobec doświadczonych działaczy katolickich LGBTQ+.
Rozważając te spotkania, coraz częściej czułem/czułam, jakby Chrystus pytał mnie: „Czy nie widzisz albo nie obchodzi cię, że wielu twoich sióstr i braci LGBTQ+ również bardzo się z tym zmaga?”
Z pewnością nie jestem św. Pawłem, który resztę życia poświęcił głoszeniu Ewangelii aż po męczeństwo. Ale — jak często słyszymy — jego historia pokazuje, że Bóg może i chce przemieniać nawet wielkich grzeszników. Dzięki pismom Pawła uwierzyłem/uwierzyłam, że nic nie jest w stanie oddzielić mnie od Boga. I choć wciąż mam wiele pytań, postanowiłem/postanowiłam, że moją odpowiedzią na pytanie Chrystusa będzie skupienie się bardziej na ludziach niż na zasadach — na nauce miłowania Boga i bliźniego tak, jak Bóg miłuje nas wszystkich.
Historia nawrócenia Pawła pokazuje, że Bóg często przemienia nas przez innych ludzi. Gdy przyglądam się początkom jego posługi, uderza mnie, jak trudne i przerażające musiały być decyzje Ananiasza i Barnaby. Ananiasz posłuchał Bożego wezwania, by towarzyszyć komuś, kogo miał wszelkie powody się bać. Barnaba zbudował most między Pawłem a apostołami. Moja własna droga ku bardziej autentycznemu życiu była możliwa dzięki tym, którzy wybrali współczucie zamiast potępienia.
Być może, modląc się o nawrócenie tych, którzy marginalizują osoby LGBTQ+, lub innych katolików LGBTQ+, którzy zdają się sprzeciwiać własnemu włączeniu, powinniśmy również rozpoznać nasze własne powołanie do bycia dla siebie nawzajem Ananiaszem i Barnabą — do budowania mostów tam, gdzie Kościół często wznosił fosy — i zaufać, że Bóg potrafi przemienić nawet najbardziej nieoczekiwane osoby. Nawrócenie św. Pawła inspiruje mnie do marzenia o dniu, w którym Kościół w pełni obejmie katolików LGBTQ+, a my wszyscy będziemy mogli powiedzieć otwarcie i bez zastrzeżeń: „Z Bożej łaski jestem tym, kim jestem.”
źródło Outreach

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz