Są rzeczy, których trudno pojąć. Jedną z nich był niedawny popis przewodniczącego Izby Reprezentantów USA, Mike’a Johnsona, który postanowił „wyjaśnić” Biblię papieżowi Leo XIV – duchowemu przywódcy ponad miliarda katolików, człowiekowi, który naprawdę przeszedł duchową szkołę życia i cieszy się autorytetem moralnym. Ten incydent tylko potwierdził, jak bardzo Johnson jest zarozumiałym i bezrefleksyjnym politykiem.
Pomysł, że Johnson naprawdę uważał, że wie więcej o Biblii niż pokorny papież, jest nie do pojęcia. W mojej opinii, jest obecnie jednym z najbardziej obraźliwych przedstawicieli chrześcijaństwa w USA. Donald Trump także deklaruje wiarę w Chrystusa, ale z jego powtarzanymi fałszywymi roszczeniami wyborczymi trudno traktować go poważnie – podobnie Johnsona.
Johnson to definicja świętoszkowatej hipokryzji. Dla osób uważnie obserwujących politykę, zwłaszcza dla społeczności LGBTQ+, których życie i godność były przez niego wielokrotnie deprecjonowane, jego arogancja w stosunku do papieża nie była zaskoczeniem. To, co Johnson nazywał „wymianą teologiczną”, w rzeczywistości było politycznym pokazem w pełnym wydaniu: bigoterii, ksenofobii i nacjonalizmu, próbą wykorzystania Pisma Świętego do usprawiedliwienia polityki krzywdzącej i wykluczającej. Kontrast między śliskim politykiem a białym papieżem w szacie był uderzający.
Sam Johnson swoje stanowisko formułuje w sposób, który ironicznie kontrastuje z rzeczywistością. Gdy pytano go o kwestie społeczne, stwierdził w wywiadzie u Seana Hannity’ego, że radzi ludziom: „Weźcie Biblię z półki i ją przeczytajcie — to moje spojrzenie na świat”, jakby to prostym gestem rozstrzygało skomplikowane kwestie moralne. Jednocześnie deklarował, że „prawdziwie kocha wszystkich, niezależnie od ich stylu życia”, a równocześnie forsował prawa i retorykę, które realnie szkodzą osobom LGBTQ+. „Styl życia” w jego ustach to de facto „praktykujący homoseksualizm”, co sprawia, że język Johnsona brzmi jak relikt lat 50. XX wieku.
Jeszcze zanim został przewodniczącym Izby, Johnson otwarcie określał homoseksualizm jako „z natury nienaturalny” i ostrzegał, że legalne uznanie związków osób tej samej płci doprowadzi do upadku społeczeństwa. W jednym z e-maili fundraisingowych ubolewał, że „1 na 4 uczniów liceum identyfikuje się inaczej niż heteroseksualnie”, określając kulturę amerykańską jako „mroczną i zepsutą” i gotową na boski sąd.
Trudno wyobrazić sobie, by ktoś, kto naprawdę podąża śladami Chrystusa, jak papież Leo, używał takich założeń, oskarżeń i obraźliwych określeń. Słowa Johnsona sprawiają, że bardziej pasuje on do Kościoła Szatana niż do Kościoła Chrześcijańskiego.
Johnson nie ogranicza się do religijnego języka. Wierzy, że jego własna wersja Biblii powinna kształtować politykę państwa, a nawet kwestionuje zasadę rozdziału kościoła od państwa, twierdząc, że USA powstały jako „republika biblijna” – oczywiście w jego wypaczonej interpretacji. W jednym ze swoich wystąpień porównał siebie do Mojżesza, twierdząc, że Bóg powołał go do przywództwa. Audacja tego porównania jest szokująca, zwłaszcza w kontekście jego działań legislacyjnych – blokowania ochrony osób transpłciowych i wspierania anty-LGBTQ+ ustaw, w tym tzw. „Big Beautiful Bill”, zakazującego federalnego finansowania opieki afirmującej płeć.
Ponadto Johnson współpracował z organizacjami promującymi „ex-gay” i terapię konwersyjną – praktyki powszechnie potępiane przez psychologię i medycynę, które od dziesięcioleci szkodzą społeczności LGBTQ+. To nie jest drobny szczegół – to dowód na jego wieloletnie zaangażowanie w politykę realnie krzywdzącą ludzi, ich rodziny i młodzież.
W przeciwieństwie do niego papież Franciszek konsekwentnie wzywa do Kościoła otwartego, pełnego miłosierdzia i nieodrzucającego nikogo. Jezus nie kazał ludziom potępiać samych siebie; obejmował ich i redefiniował pojęcie wspólnoty.
Społeczność LGBTQ+ odczuwa skutki polityki Johnsona – wymazywanie naszej obecności z edukacji, etykietowanie nas jako niemoralnych, odmawianie prawa do równości i miłości. Widzieliśmy, jak używa Biblii jako tarczy dla swoich działań. To nie jest chrześcijaństwo.
Prawdziwą bluźnierstwem nie jest papież wzywający do miłosierdzia. Prawdziwym bluźnierstwem jest Mike Johnson, z jego długoletnim rekordem szkodzenia życiu osób LGBTQ+, który odważa się pouczać Watykan o Biblii.
Religia w najlepszym wydaniu nakazuje kochać bliźniego. Polityka Johnsona każe traktować nas jak wrogów. Jeśli chce debatować o teologii, powinien zacząć od miłości. Jeśli chce pouczać papieża, niech najpierw spojrzy w lustro.
źródło The Advocate.

Mike Johnson jest baptystą (Southern Baptist Convention), więc papież nie musi być dla niego autorytetem.
OdpowiedzUsuń