środa, 4 lutego 2026

Fife Flyers kompromitują się podczas Pride Night. Sportowa porażka, moralna klęska

Fife Flyers, najstarsza profesjonalna drużyna hokejowa w Wielkiej Brytanii, założona w 1938 roku, właśnie dopisała jeden z najbardziej wstydliwych rozdziałów do swojej długiej historii. Nie chodzi jednak wyłącznie o sport.

Domowa porażka 6:1 z Guildford Flames, która utrzymała Flyersów na samym dnie tabeli Elite Ice Hockey League, zbiegła się z czymś znacznie poważniejszym: utratą zaufania lokalnej społeczności LGBTQ+, zrażeniem dużej części własnych kibiców i całkowitym zaprzepaszczeniem idei, którą klub jeszcze chwilę wcześniej głośno promował.

Wszystko przez to, że jeden zawodnik dostał możliwość storpedowania Pride Night — i klub mu na to pozwolił.

EIHL obchodziła siódmą edycję Pride Games, a Flyers jeszcze kilka dni wcześniej z dumą prezentowali w mediach społecznościowych nowe koszulki z tęczowym pasem. Publikowali wspomnienia z poprzednich Pride Nights, budując wrażenie, że inkluzywność to dla nich realna wartość, a nie marketing.

Już pod postem zapowiadającym koszulki pojawił się jednak komentarz fana:

„Booth faktycznie zamierza ją założyć?”

Chodziło o Davida Bootha — 41-letniego skrzydłowego z ponad 500 występami w NHL, który dołączył do Flyers w listopadzie. Booth od dawna publicznie prezentuje poglądy anty-LGBTQ+. Jeszcze w październiku na platformie X udostępniał wpisy sugerujące, że „aktywiści LGBTQ” żywią „nienawiść do chrześcijaństwa”, a wcześniej publikował materiały podważające sens Pride Nights i powoływał się na pseudonaukowe argumenty o chromosomach X i Y.

Na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem Flyers wydali „doprecyzowanie”: zawodnicy założą tęczowe koszulki tylko na rozgrzewkę, a mecz rozegrają już w standardowych strojach.

W oświadczeniu napisano, że to rozwiązanie pozwala „wspierać Pride Night, jednocześnie szanując różnorodność przekonań osobistych zawodników”.

To klasyczny przykład anty-LGBTQ podwójnej narracji: prawa i godność całej społeczności zostały podporządkowane „przekonaniom” jednej osoby. Dokładnie ten sam schemat, który w ostatnich latach kompromitował kluby NHL.

Co więcej — kibice kupowali bilety w przekonaniu, że zobaczą Pride Game w pełnym znaczeniu tego słowa. Klub promował też pomeczową aukcję koszulek, z której dochód miał trafić do lokalnej organizacji LGBTQ+.

Reakcja była natychmiastowa. Lokalna organizacja LGBTQ+, The Hive Kirkcaldy, demonstracyjnie opuściła halę i ogłosiła, że **odmawia przyjęcia pieniędzy** od Flyers.

– „The Hive zawsze będzie stać po stronie praw osób LGBTQIA+ i nie damy się uciszyć” – oświadczyła organizacja.

To niezwykle wymowny moment: kiedy organizacja charytatywna woli zrezygnować z finansowania, niż przyjąć „tęczowe” pieniądze skażone hipokryzją klubu.

Zgodnie z planem Booth nie pojawił się na rozgrzewce. Kilka minut po rozpoczęciu meczu… zszedł z lodu z kontuzją.

Po niemal dobie oburzenia kibiców Flyers wydali kolejne oświadczenie, przepraszając za „ból i rozczarowanie” oraz obiecując, że będą „słuchać i wyciągać wnioski”.

Problem w tym, że czas na słuchanie minął wcześniej. Hasło „Hockey is for Everyone” nie może być negocjowane w dniu meczu.

Już rok temu jedyny wyoutowany zawodnik EIHL, Zach Sullivan, ostrzegał, że Pride Games w lidze grożą popadnięciem w czysty tokenizm: ładne koszulki bez realnej rozmowy z zawodnikami o tym, co one znaczą.

– „Dopóki kluby nie zrozumieją, że to coś więcej niż sprzedaż biletów czy pozycja w tabeli, praca nie jest skończona” – mówił.

Fife Flyers właśnie udowodnili, jak bardzo miał rację.

Jakby tego było mało, dzień później Flyers przegrali 8:0 z Sheffield Steelers, cementując swoją pozycję na samym dole ligi.

To był weekend, w którym Fife Flyers przegrali wszystko naraz: mecz, wiarygodność, szacunek społeczności i własną godność.

źródło OutSports

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz