niedziela, 30 sierpnia 2026

Przesłanie o nienawiści, wierze i prawie do bycia sobą

Coraz częściej mam wrażenie, że Polska wpada w spiralę nienawiści. Codziennie słyszymy o atakach na „innych” — na osoby LGBT, na Ukraińców, migrantów, osoby o innym kolorze skóry, poglądach czy sposobie życia. Przerażające jest to, jak bardzo nasz kraj brunatnieje.

Nienawiść płynie z różnych stron — z ulicy, internetu, mediów, polityki, a czasem także z ambon kościelnych. Frustrację, lęk i własne problemy wiele osób wylewa na tych, których uznaje za obcych.

A przecież może być jeszcze gorzej, jeśli nie zatrzymamy się choć na chwilę i nie zadamy sobie pytania: jak traktujemy „innego” człowieka?

Także w środowisku LGBT nie jesteśmy wolni od nienawiści. Istnieje transfobia, bifobia, rasizm, wykluczenie i pogarda. Czasami osoby LGBT same stają się dla siebie nawzajem źródłem przemocy i upokorzenia. To również trzeba umieć nazwać.

My także codziennie słyszymy, że jesteśmy bluźnierstwem — zarówno dla części środowisk religijnych, jak i dla niektórych osób w samym środowisku LGBT. Brzydzą się nami zarówno niektórzy konserwatyści LGBT, jak i niektórzy przedstawiciele lewicowych środowisk LGBT.

Słyszeliśmy, że jesteśmy grzesznikami. Że jesteśmy obrzydliwością. Cytuje się przeciwko nam Biblię, używając jej jako narzędzia upokorzenia. Mówi się nam, że pójdziemy do piekła. Że odwróciliśmy się od Boga, ponieważ jesteśmy LGBT. Że nie możemy być jednocześnie LGBT i chrześcijanami.

Ale chcę powiedzieć to jasno: nie możesz decydować za nas, jak wygląda nasza wiara.

Bóg był z nami w jednych z najciemniejszych momentów naszego życia — przez depresję, operacje, ból, samotność, lęk i wszystkie trudne doświadczenia, które doprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy dzisiaj.

Nie straciliśmy wiary dlatego, że jesteśmy LGBT.

Wręcz przeciwnie.

Stawanie się szczęśliwszymi, silniejszymi i wreszcie spokojnymi ze sobą nie oddaliło nas od Boga. Dla nas droga do zaakceptowania siebie nie była drogą od Boga. Była drogą do prawdy o sobie — i właśnie na tej drodze wielu z nas nadal odnajduje Boga.

Nasza relacja z Bogiem jest osobista.

Możesz cytować Pismo Święte. Możesz nas osądzać. Możesz mówić nam, że żyjemy „źle”, że nie pasujemy do twojego świata. Możesz nawet grozić nam piekłem.

Ale żadna z tych rzeczy nie zmieni tego, w co wierzymy ani tego, czego doświadczyliśmy w naszej relacji z Bogiem.

I jeśli twoja wersja chrześcijaństwa wymaga od ciebie nienawiści, upokarzania, pogardy, przemocy i potępiania obcych ludzi — w internecie czy na ulicy — może warto zatrzymać się na chwilę i zadać sobie jedno proste pytanie:

Jaką Ewangelię i jakie wartości właściwie głosisz?

Z jednej strony pokazujecie, jak wielkimi jesteście katolikami. Pozujecie z dziećmi, w kościołach, ze zdjęciami Maryi i Jezusa. Mówicie o wierze, rodzinie, wartościach i miłości.

A z drugiej strony wylewacie jad, pogardę i nienawiść wobec innych ludzi.

Więc pytam:

Jakiego Boga naprawdę głosicie?

Czy wierzycie w tego samego Boga, o którym mówicie w kościele? Czy może stworzyliście sobie własnego Boga — takiego, który pozwala wam nienawidzić tych, których uznajecie za innych?

Bo my wiemy, kim jesteśmy.

Wiemy, w Kogo wierzymy.

Wiemy, przez co przeszliśmy.

Wiemy, co przeżywamy dzisiaj.

I wiemy, przez co przechodzą inni ludzie podobni do nas — ludzie, którzy każdego dnia próbują po prostu żyć, kochać, wierzyć i być sobą.

Dlatego nie pozwolimy, aby cudzy osąd odebrał nam to, co Bóg pomógł nam odnaleźć:

wiarę, pokój, godność i prawdę o sobie.

Nie potrzebujemy cudzej zgody na to, aby istnieć.

Nie potrzebujemy pozwolenia, aby wierzyć.

Nie potrzebujemy pozwolenia, aby kochać.

I nie pozwolimy, aby nienawiść innych ludzi przekonała nas, że jesteśmy mniej warci.

Bo człowiek nie przestaje być człowiekiem tylko dlatego, że ktoś inny nie potrafi go zaakceptować.

A wiara nie przestaje być wiarą tylko dlatego, że ktoś próbuje odebrać nam do niej prawo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz